poniedziałek, 26 lipca 2010

diagnoza

Najpierw były problemy z głosem. Denerwująca chrypka, zanikanie głosu. W końcu leczenie antybiotykami, łazikowanie od jednego lekarza do drugiego, aby ostatecznie usłyszeć diagnozę - niedrobnokomórkowy rak płuca... To zabrzmiało jak wyrok, pamiętam jak z Mamą i M. stałam na balkonie i wszyscy płakaliśmy. Wiedzieliśmy, co może się stać. Wiedzieliśmy, jakie są rokowania, ale mieliśmy nadzieję, ona nas trzymała.

Nigdy wcześniej nie widziałam Cię takim smutnym. Zamyślenie, strach, smutek - to wszystko zaczęło coraz wyraźniej wyglądać z Twoich dotąd wesołych oczu. W momencie rzuciłeś palenie, a gdy Cię nosiło, wychodziłeś na spacer do ogrodu. Wcześniej paliłeś tak strasznie dużo, że ciężko było to zliczyć. Wydawało się niemożliwe rzucenie przez Ciebie nałogu. A jednak.

Staraliśmy się żyć normalnie, staraliśmy się nic nie zmieniać. Mimo wszystko i tak było inaczej. Cały ubiegły rok upłynął nam pod hasłem Twojej choroby. Nawet gdybyśmy za wszelką cenę chcieli zachować normalność życia i tak nie udałoby się to nam. Opadałeś z sił, nie mogłeś pracować. Wtedy, kiedy my szaleliśmy z ogrodowymi pracami, Ty siedziałeś przy stole i zabawiałeś się rozmową z młodzieńcem naszym, chodziłeś z nim na spacery. Wcześniej było niemożliwe, żebyś siedział bezczynnie, podczas gdy tyle rzeczy do zrobienia w ogrodzie było. Tak, wszystko się zmieniło...

środa, 21 lipca 2010

po co?

Mam taką dziwną potrzebę napisania o Tobie. O tym, jak dowiedzieliśmy się o Twojej chorobie, o ostatnim roku. Chcę wywrócić siebie na lewą stronę i wspominać Ciebie jako dobrego człowieka.

Przeczytałam niedawno książkę J. Grzegorczyka "Niebo dla akrobaty". Nie było opowiadania, przy którym bym nie ryczała - w każdym z nich widziałam Ciebie. Może stąd się wzięła ta potrzeba...